Chodźmy, przed nami długa droga i wiele pracy.   

Chodźmy, przed nami długa droga i wiele pracy.   

Usłyszałam kiedyś, że Bóg nie ma innych rąk niż moje, twoje, nasze. Była mowa o tym, że On tylko tymi rękami może nieść pomoc, przytulać, czynić dobro. Oznacza to, że od mojej decyzji i mojego zaangażowania we współpracę z Nim bardzo wiele zależy. Pierwszą reakcją jaka pojawiła się we mnie w odpowiedzi na tę nowinę było rozczarowanie. Przyglądałam się licznym bólom oraz globalnym niedoskonałościom tego świata, a potem porównywałam to z możliwościami moich słabych rąk. To zestawienie wyglądało tak przygnębiająco, że reagowałam na nie cynicznym uśmiechem.

Trzeba mi było jeszcze wiele zrozumieć. 

 

Cierpliwości. Wyruszamy w drogę.

 

Kondycja współczesnego Kościoła jest jakością, na którą pracowało wiele pokoleń.
Zarówno to co działa w Nim fantastycznie, jak i to co woła o pomstę do nieba było budowane przez kilkanaście wieków. Dobra nowina, która z tego wynika jest taka, że to co Kościół ma życiodajnego będzie trwać – Kościół nadal będzie wspólnotą prowadzącą do Boga, nadal będzie nieść życie i nadzieję oraz sycić wielu. Zła wiadomość: zmaganie się z tym co obrzydliwe oraz niszczące zabierze dużo czasu i nie obejdzie się bez oddanego zaangażowania oraz wysiłku, bo to zło zdążyło się rozrosnąć i umocnić.

Zmiany wszystkiego co w Kościele nas boli i z czym  się nie zgadzamy nie przeprowadzimy z dnia na dzień. Czeka nas proces oczyszczenia oraz trud odbudowy. W całym rozczarowaniu i zawodzie, który przeżywamy być może warto postarać się o chwilę zwolnienia, wzięcie głębokiego oddechu i danie sobie czasu. Pozwólmy naszemu wnętrzu na przeżycie oraz opadnięcie emocji, które w nas buzują. Do tych emocji mamy prawo. Szacunek oraz troska o samą siebie zachęcają mnie, abym oprócz zezwolenia sobie na ich przeżywanie przeszła też do odczytywanie informacji, które te emocje ze sobą niosą. Rozsądek podpowiada zaś, aby nie były one jedynym motorem i sterem w moim działaniu. Podsumowując: przeżywać i odczytywać co mi emocje mówią (a mówią wiele o tym co się dzieje we mnie oraz w świecie dokoła) – tak, warto to zrobić. W działaniu i podejmowaniu decyzji kierować się tylko tym co podpowiadają emocje – nie, to nie jest dobry pomysł.    

Jednym z wniosków, do których dochodzę teraz, gdy kurz po wewnętrznej burzy opada i mogę spojrzeć na zaistniałą sytuację w szerszej perspektywie jest to, aby zgodzić się na to, że zmiana będzie zachodzić powoli i stopniowo. Myślę, że przebiegnie ona na drodze konsekwentnego procesu rozłożonego na etapy, a nie gwałtownej rewolucji, która szybko wprowadzi nowy porządek. Każdy z nas ma lekcję do odrobienia, potrzebujemy odkryć w Kościele obszary, w które trzeba nam się zaangażować i wreszcie zacząć w nich działać, czeka nas zmiana w naszym nastawieniu do brania odpowiedzialności za Kościół oraz życia Ewangelią w codzienności na serio. Obecna sytuacja wzywa do nawrócenia wszystkich, którzy Kościół budują. Nie chodzi tylko o hierarchów (ale o nich też), chodzi o ciebie i o mnie, bo Kościół to zarówno ty, ja, biskupi, sąsiad z naprzeciwka, pani profesor z uczelni, taksówkarz… i dalej możemy wymieniać wszystkich, którzy zostali ochrzczeni. Podobno to taki frazes, rzekomo o tym wiemy, ale mam wrażenie, że ciągle nam to umyka, że potrzebujemy niemal nieustannych przypomnień.  

 

Praca u podstaw.

 

Skoro czeka nas proces naprawy, skoro przed nami systematyczne i konsekwentne działanie, to jaką strategię można obrać? Z mojej perspektywy duża nadzieja tkwi w czymś co roboczo nazywam pracą u podstaw. Nie mam poczucia, abym dziś w jakikolwiek sposób mogła wpłynąć na skostniałe, patologiczne struktury, które są jedną z twarzy Kościoła. I co teraz? Powinnam poczekać na bardziej sprzyjające okoliczności? Zacząć działać dopiero wtedy, gdy będę mieć pomysł na totalną reformę Kościoła? Czy moje działanie mogę uznać za wartościowe dopiero wtedy, gdy wpływa ono na Kościół globalnie, gdy ma bezpośredni wpływ na hierarchów? Trudno mi się na takie ujęcie zgodzić…

W ostatnim czasie na mojej drodze wiary i rozważań z nią związanych towarzyszyła mi wspólnota zaangażowana w inicjatywę: Zaraz coś rypnie? Rekolekcje dla rozczarowanych Kościołem (gorąco polecam, materiały nadal są dostępne pod linkiem: https://www.facebook.com/groups/761288494462257). Zupełnie nieznani mi ludzie, zechcieli stworzyć rekolekcje dzięki którym byli towarzyszami dla mnie oraz innych osób zmagających się z konkretnymi wyzwaniami, które przyniósł ostatni czas. Dla mnie to wydarzenie było mocnym i konkretnym przejawem troski Boga. Nie miałoby to jednak miejsca, gdyby organizatorzy rekolekcji wyszli z założenia, że tych rekolekcji  nie warto przeprowadzić, bo nie dadzą one do myślenia żadnemu biskupowi i pewnie nic w instytucjonalnej części Kościoła się nie zmieni. Dzięki Bogu celem nie była wspominana wcześniej rewolucja, ale praca u podstaw. Dziś śmiało mogę powiedzieć, że ten czas przynosi owoce, a te rekolekcje były wielką łaską, wyrazem Bożej opieki. Doświadczyłam tego, że nie musimy za jedyny słuszny cel obierać tego, aby dokonywać zmian totalnych i epokowych (w przeciągu, na przykład, jednego adwentu), ale że troska o zmianę bardziej lokalną/przyziemną, zadbanie o konkretnego człowieka jest drogą osiągalną i przynoszącą życiodajne efekty. 

W podejściu, które tu proponuję kryje się jednak pewne niebezpieczeństwo i trzeba na nie uważać. Można bowiem popaść w skrajność i zupełnie wypierać całe zło, które dzieje się w Kościele, a na zatrzymanie którego nie mamy natychmiastowego i bezpośredniego wpływu. Chcę podkreślić, że nie zachęcam do udawania, że zło w Kościele się nie dzieje lub do postawy obojętności. Jesteśmy w procesie, praca u podstaw jest tylko jednym z etapów drogi, która w przyszłości ma zaowocować bardziej globalnym nawróceniem i oczyszczeniem.

Rekolekcje dla rozczarowanych Kościołem były dla mnie wielką lekcją tego, że Bóg naprawdę chce z nami współpracować i jeśli tylko odpowiemy na Jego zaproszenie to będzie przez nas czynić dobro, nieść miłość, nadzieję oraz pokrzepienie. Rekolekcje o których piszę nie zmieniły całego Kościoła, ale w sercach uczestników zadziało się wiele ważnych i potrzebnych procesów. Mówiąc tylko za siebie dodam, że cały świat nie zmienił się w stu procentach, ale mój świat przemienił się zupełnie. To wszystko daje kompletnie nową perspektywę. Uczy, że praca u podstaw ma sens, a kropla drążąca skałę ma moc – jeśli tylko się nie podda.  

 

Jakie są Boże pragnienia? 

 

Odkrycie tego, że On może przytulać moimi rękami, że może używać moich ust do niesienia pociechy, że może kochać moim sercem to piękny moment w życiu. Doświadczając Bożej troski, która była niesiona przez konkretnych ludzi zupełnie zmieniłam swoje spojrzenie na moją relację z Bogiem oraz bliźnimi. To ważne. Jednak w procesie, o którym staram się tu pisać nie chodzi o to, żeby punktem wyjścia było działanie. To co wykrzywione i destrukcyjne  w naszym Kościele, to właśnie wynik procesów, na początku których były decyzje, aby budować w oparciu o nieudolne ludzkie działanie, niedoskonałą pomysłowość i nieuporządkowane pragnienia. W takim zestawieniu potencjalnie występuje mnóstwo miejsca na działanie pychy, która jako pierwszy z grzechów głównych ma ogromne pole rażenia i działa pod wieloma postaciami, popycha do tego, aby dwom – a nawet więcej – panom służyć (i jeszcze wiele innych pułapek zastawia, to wątek na odrębne rozważanie). Dzięki Bogu nie jesteśmy w tym sami. Punktem wyjścia jest spotkanie z Nim, nasłuchiwanie Jego głosu i rozeznawanie znaków, które nam daje. Bóg nadal mówi do nas na różne sposoby, także przez proroków. Takim współczesnym prorokiem jest papież Franciszek. Biskup Rzymu nawołuje, abyśmy wrócili do początku: do modlitwy, Ewangelii, rozeznawania. Franciszkowe lekarstwo proponowane na zagubienie to prostota i nadzieja w spotkaniu z Bogiem. Nasz Ojciec czeka na to spotkanie, na twoje pytanie o Jego pragnienia, na twoją opowieść o marzeniach rozpalających ci serce. Może to czas na rozmowę o tym, że śnicie o tym samy, o tym, że On może kochać poprzez ciebie.  

 

W tym procesie towarzyszką i nauczycielką może być dla nas św. Matka Teresa z Kalkuty. Oto jej słowa: ,,Tak, mam wiele ludzkich słabości, wiele ludzkich nędzy […] Lecz on się uniża i posługuje się nami, tobą i mną, abyśmy byli Jego miłością i Jego współczuciem w świecie, pomimo naszych grzechów, mimo naszych nędz i wad. Uzależnia się On od nas, aby kochać świat i pokazać mu, jak bardzo go kocha. Jeśli zbytnio zajmiemy się sobą, to nie będziemy mieli czasu dla innych.”

 

Chodźmy, przed nami długa droga i wiele pracy.

 

PS: Dobrą okazją do spotkania z Bogiem może być modlitwa medytacją ignacjańską 😉 zapraszam:

Chrzest Jezusa (Mk 1, 7-11) – puncta do medytacji

 

 

  

Your email address will not be published. Required fields are marked with *.

Przejdź do paska narzędzi